Transformacja energetyczna potrzebuje ogromnych pieniędzy, a część z nich płynie dziś z krajów, które swoją potęgę zbudowały na ropie. To paradoks, który coraz mocniej splata klimat, biznes i geopolitykę.
Europa chce uniezależniać się od paliw kopalnych, ale droga do zielonej energii okazuje się bardziej skomplikowana, niż sugerują polityczne deklaracje. Morskie farmy wiatrowe, sieci energetyczne i wielkie projekty infrastrukturalne wymagają kapitału liczonego w miliardach. Coraz częściej pieniądze te przychodzą z miejsc, które przez dekady symbolizowały zupełnie inny porządek gospodarczy: z państw Zatoki Perskiej.
Jednym z najgłośniejszych przykładów jest zaangażowanie funduszu Mubadala Investment Company z Abu Zabi w projekt Hornsea 3, morską farmę wiatrową rozwijaną u wybrzeży północnej Anglii przez duński koncern Orsted. Po ukończeniu inwestycja ma należeć do największych tego typu przedsięwzięć na świecie. Jej moc ma wynieść 2,9 GW, co oznacza produkcję energii dla milionów brytyjskich gospodarstw domowych.
Transakcja nie jest przypadkowym ruchem finansowym. Mubadala należy do największych państwowych funduszy inwestycyjnych na świecie, a aktywa zarządzane przez ten podmiot liczone są w setkach miliardów dolarów. Dla Zjednoczonych Emiratów Arabskich inwestycje w odnawialne źródła energii są sposobem na dywersyfikację wpływów, budowę kompetencji technologicznych i zajęcie miejsca przy stole, przy którym rozstrzyga się przyszłość globalnej energetyki.
Na pierwszy rzut oka wygląda to jak racjonalny układ: Europa potrzebuje pieniędzy, a Abu Zabi dysponuje kapitałem. Problem zaczyna się tam, gdzie inwestycje w zieloną infrastrukturę przestają być wyłącznie biznesem. Eksperci ostrzegają, że udziały w strategicznych projektach energetycznych mogą z czasem stać się narzędziem wpływu politycznego. Nie chodzi o prostą analogię do rosyjskiego gazu, który można było ograniczyć z dnia na dzień. W przypadku udziałów właścicielskich mechanizm nacisku jest subtelniejszy, dłuższy i trudniejszy do uchwycenia.
To właśnie dlatego europejska debata o zielonej transformacji coraz częściej zahacza o bezpieczeństwo. Po doświadczeniach z Rosją kontynent wie już, że zależność energetyczna może stać się słabością polityczną. Teraz pytanie brzmi, czy w pogoni za szybką dekarbonizacją Europa nie buduje nowych zależności - tym razem nie od surowca, lecz od kapitału.
Nie oznacza to, że inwestycje z Zatoki Perskiej należy automatycznie traktować jako zagrożenie. Bez zewnętrznych pieniędzy wiele projektów OZE mogłoby rozwijać się wolniej albo w ogóle nie powstać. Paradoks polega jednak na tym, że przyszłość europejskiej zielonej energii coraz częściej finansują ci, których fortuny wyrosły na ropie. Dla Europy to nie tylko szansa na przyspieszenie transformacji, lecz także test dojrzałości: jak korzystać z globalnego kapitału, nie oddając kontroli nad własnym bezpieczeństwem.