Światowe Forum Ekonomiczne w Davos przyniosło kolejną inicjatywę, która wykracza daleko poza standardowy kalendarz dyplomatyczny. Powołanie przez Donalda Trumpa "Rady Pokoju" zostało przedstawione jako odpowiedź na globalne zmęczenie przedłużającymi się konfliktami i nieskutecznością istniejących mechanizmów międzynarodowych. W praktyce jednak projekt ten odsłania znacznie głębsze napięcia dotyczące przywództwa, legitymacji władzy i przyszłości ładu międzynarodowego.
Rada Pokoju została zaprezentowana jako instrument mający wspierać procesy wygaszania konfliktów i nadzorować odbudowę regionów dotkniętych wojną, ze szczególnym uwzględnieniem Strefy Gazy. To właśnie ten obszar był pierwotnym punktem odniesienia dla całej inicjatywy. Szybko jednak okazało się, że ramy działania nowej struktury są znacznie szersze, a jej statut pozostawia duże pole do interpretacji. Dokument założycielski nie ogranicza działalności Rady do jednego konfliktu ani jednego regionu, co w praktyce otwiera drogę do ingerowania w inne kryzysy międzynarodowe.
Najwięcej kontrowersji budzi konstrukcja samej instytucji. Rada Pokoju nie opiera się na zasadach znanych z organizacji wielostronnych. Kluczowa rola przypisana została prezydentowi Stanów Zjednoczonych, który ma pełnić funkcję przewodniczącego i dysponować szerokimi kompetencjami decyzyjnymi. Członkostwo państw przewidziano jako czasowe, z możliwością jego utrwalenia po wniesieniu bardzo wysokiej składki finansowej. W praktyce oznacza to powiązanie wpływu politycznego z zasobnością budżetu, co dla wielu obserwatorów jest zaprzeczeniem idei równości państw na arenie międzynarodowej.
Reakcje świata były szybkie i niejednoznaczne. Część państw, głównie mniejszych, zdecydowała się na udział w Radzie, widząc w niej szansę na zwiększenie swojej widoczności i znaczenia. Większość krajów europejskich zachowała jednak dystans, a niektóre otwarcie odmówiły współpracy. Wskazywano przy tym na ryzyko podważania roli Organizacji Narodów Zjednoczonych oraz tworzenia alternatywnego porządku decyzyjnego, w którym centrum władzy przesuwa się wyraźnie w stronę Waszyngtonu.
Spór wokół Rady Pokoju nie dotyczy wyłącznie jednego projektu. Jest symptomem szerszego kryzysu zaufania do dotychczasowych mechanizmów globalnego zarządzania. Z jednej strony narasta frustracja związana z nieskutecznością międzynarodowych instytucji i ich powolnością w reagowaniu na konflikty. Z drugiej strony pojawia się obawa, że próby ich omijania prowadzą do koncentracji władzy i dalszej fragmentaryzacji świata.
Trump prezentuje Radę Pokoju jako narzędzie działania i pragmatyzmu, przeciwstawione dyplomacji deklaracji i wieloletnich negocjacji. Krytycy widzą w niej raczej instrument politycznego nacisku i test dla globalnych relacji sił. Niezależnie od ocen jedno jest pewne - powołanie Rady Pokoju nie jest neutralnym gestem. To wyraźny sygnał, że walka o kształt międzynarodowego porządku wchodzi w nową fazę, w której pytanie o to, kto ma prawo decydować o pokoju, staje się równie istotne jak sam pokój.