Gdyby świat był planszą Monopoly, amerykańska flaga już dawno powiewałaby nad Grenlandią. W wizji Donalda Trumpa granice nie są wartością, lecz potencjalnym aktywem. Nawet największa wyspa świata, formalnie należąca do Królestwa Danii, może być postrzegana w tych kryteriach. Choć pomysł ten budzi skojarzenia z kolonialnym dziedzictwem, dziś powraca w nowym przebraniu - jako strategiczny projekt, mający rzekomo zapewnić bezpieczeństwo Zachodu. W rzeczywistości niepokój budzi coś znacznie głębszego: cała ta koncepcja opiera się na założeniu biernej zgody mieszkańców wyspy na ten porządek świata.

Grenlandia to ni figura na planszy Trumpa, którą można przesunąć w zależności od bieżących interesów. To autonomiczne terytorium z własną tożsamością, historią i prawem do samostanowienia. Choć geograficznie bliżej jej do Ameryki Północnej, to politycznie i kulturowo osadzona jest w europejskim kręgu wartości, gdzie nienaruszalność granic nie podlega negocjacji ani handlowi.

Dla Trumpa geopolityka to rynek - kto ma większy portfel, ten kupuje; kto ma silniejszą armię, ten narzuca warunki. Tom przewrotna i imperialistyczna logika którą świat doskonale zna od czasów zimnej wojny. Tymczasem jej powrót do amerykańskiego dyskursu politycznego brzmi znajomo i złowieszczo. Arktyka jawi się jako obszar strategiczny, bogaty w surowce, kuszący potencjalną przewagą nad Chinami i Rosją.

Choć cel może wydawać się racjonalny, to jego realizacja metodami siłowymi zdradza całkowitą nieadekwatność wobec współczesnych norm. Gdyby każde państwo uzurpowało sobie prawo do takiego zabezpieczania interesów to porządek międzynarodowy budowany od 1945 roku rozpadłby się jak domek z kart. Nawet w samych Stanach Zjednoczonych nie brak świadomości tego zagrożenia - sondaże jasno pokazują, że społeczeństwo amerykańskie nie popiera aneksji Grenlandii, ani tym bardziej użycia siły. Sprzeciw nie płynie dziś wyłącznie z Europy - coraz wyraźniej wybrzmiewa także wśród własnego elektoratu Trumpa.

Test dla Europy, ostrzeżenie dla świata

Dla Unii Europejskiej to chwila próby. Jeśli terytorium związane z jednym z państw członkowskich może być publicznie traktowane jak obiekt przetargu przez sojusznika zza Atlantyku, a reakcją jest jedynie uprzejma cisza - to znak, że Europa nadal nie postrzega siebie jako podmiotu zdolnego do samodzielnej odpowiedzi. Właśnie dlatego w debacie pojawia się klauzula wzajemnej obrony Nato i Traktatu o Unii Europejskiej. Sam fakt, że zaczynają być przywoływane, dowodzi, iż propozycja Trumpa wykracza poza bezrefleksynją prowokację. To nie efektowny tweet - to presja o realnych konsekwencjach strategicznych jak i geopolitycznych, Na nowo określająca porządek świata.

W tym kontekście NATO staje przed paradoksem, że zagrożenie sojuszu i agresja wobec jednego z członków płynie nie z zewnątrz, ale z wnętrza organizacji. Taka sytuacja odsłania kruchość systemu bezpieczeństwa opartego na zaufaniu i wspólnych wartościach. Jeśli fundamenty te zostaną zakwestionowane, cały światowy porządek może runąć.

Dziś Grenlandia staje się zwierciadłem, w którym odbija się nie tyle arktyczny lód, ale też zmęczenie polityką siły. Widać w niej niezgodę na przekonanie, że większy uzurpuje sobie prawo rozgrywania interesów kosztem tożsamości, autonomii i niezależności. Choć porządek oparty na wartościach jest kruchy, wciąż nie brakuje tych, którzy go bronią.

Prawdziwe przywództwo USA zatem niepowinno opierać się na zawłaszczaniu cudzej własności, lecz na budowaniu sojuszy. Nie na zastraszaniu, lecz na przekonywaniu. I przede wszystkim  na świadomości, że w XXI wieku największą siłą nie jest liczba czołgów, lecz moralna legitymacja i odpowiedzialność. 

Grenlandia nie jest do wzięcia. Nie dlatego, że jest zbyt zimna, zbyt daleka czy zbyt trudna do zarządzania. Cywilizowany świat - ten, który przetrwał dzięki wartościom, nie akceptuje już takiego sposobu ekspansji. Kiedy zaczyna się kupowanie ziemi, a kończy lekceważenie granic, świat nie idzie naprzód, lecz wraca do tego, co już wcześniej go niszczyło.

Udostępnij ten artykuł
Link został skopiowany!