Kiedy myślimy o potędze - wyobrażamy sobie lotniskowce, sojusze i olbrzymie złoża ropy. A potem budzi się pewien prezydent, mówi: „wylądujemy tam, gdzie trzeba”, a świat patrzy jak na spektakl, którego nie sposób odpuścić. Bo 3 stycznia 2026 roku amerykańskie siły specjalne uderzyły w Caracas, schwytano premiera Wenezueli i wywieziono go do USA - operacja, którą Donald Trump nazwał triumfem wymiaru sprawiedliwości i bezpieczeństwa. 

To nie była tylko „akcja prewencyjna”. To było przesunięcie granic tego, co do niedawna wydawało się niemożliwe - militarna interwencja bez jasnej legitymacji międzynarodowej, przeniesienie przywódcy obcego państwa na własny grunt, wysiłek, który poruszył arenę polityczną do tego stopnia, że teraz nawet ONZ musi odpowiadać na wezwania do posiedzenia. 

I właśnie tu zaczyna się nasze lokalne pytanie: co jeśli ta „polityka bez tabu” dotknie następnych celów? Grenlandia - lodowa kolosa północy, o której marzył Trump już wcześniej - znów brzmi jak przedmiot debaty, która nie jest tylko metaforyczna. Historycznie wyspa przeszła z rąk duńskich do amerykańskich (czyli… „sprzedana”?) w mrokach zimnej wojny. Dziś znów pada w rozmowach głosów o surowcach, o reżimach, o strategicznym znaczeniu.

Ale jest różnica między Wenezuelą a Grenlandią. Caracas to stolica pełna ludzi i historii. Grenlandia to terytorium z własnymi ludźmi, kulturą i autonomią - i choć globalne mocarstwa mogą patrzeć na nią jak na punkt na mapie, to decydujący o jej losie nie będzie samolot, lecz prawo międzynarodowe i wola mieszkańców.

Po akcji w Wenezueli świat przypomniał sobie, że granice nie są już tylko liniami - są konsekwencjami decyzji, które mogą zmienić naszą epokę. I dopóki jedni mówią o suwerenności, inni sprawdzają rozkład sił, pytanie „czy Grenlandia jest na sprzedaż?” brzmi mniej jak żart, a coraz bardziej jak gorzka refleksja o kondycji współczesnej polityki.

Udostępnij ten artykuł
Link został skopiowany!